Dla Syna
Pamiętam dzień, gdy świat nasz runął,
Gdy odszedł uśmiech, a serce pękło.
Byliśmy razem – ty, ja i mama,
W szczęściu, co nagle zabrała śmierć sama.
Zostałem ojcem, co choć samotny,
Robił, co mógł, byś był pogodny.
Był dla ciebie schronieniem, ostoją,
Choć czasem potykał się swoją drogą.
Przyszły dni ciemne, oskarżeń słowa,
Złe oczy wokół, szept, gniewa mowa.
Ludzie, co patrzą na nas jak wroga,
Sądzą, że miłość to gra nieczysta, nie droga.
W styczniu ostrzeżenie padło, że czeka nas trud,
Że sąd szykuje dla nas kolejny cios i chłód.
Że haczyk znajdą, odbiorą cię siłą.
Nie wierzyłem, że ktoś chce mi zabrać to, co tak się tliło.
Kurator, co miała pomagać, niosła tylko ból,
Czułem jej chłód jak ostrze, jak nóż.
Patrzyła na mnie i widziała wroga,
Zniszczyć – to była jej władza, jej rola.
W końcu – tamta data, wyryta w pamięci,
27 kwietnia – dzień, co w sercu się święci.
Wtedy zabrali cię, synku, odebrali mi wszystko,
Tylko puste ręce, a serce w udręce.
Badania OZSS – rok wcześniej, nadopiekuńczy, lecz dobry,
A dziś ich opinie to cios, bolesny i zimny.
Nie słyszano słów moich, pominęli, co mówiłem
,
Jakbym był wrogiem, kimś obcym, kimś złym.
Kurator i placówka, ich słowa najważniejsze,
Ja, choć walczę, jestem tylko ciszą, cichym echem,
I choć sąd nie słyszy ojcowskiej pieśni,
Miłość przetrwa, choć boli i cierpi.
Dziś w placówce smutek twój tkwi,
Lecz wierzę – wrócisz do domu drzwi.
A ja, choć sam, choć rany w sercu noszę,
Dla ciebie walczę, bo cię kocham i proszę:
Byś wrócił do domu, gdzie czeka tata,
Był dzieckiem, nie cieniem bólu, co lata.
Byś miał uśmiech na twarzy, spokój w snach,
Bo choć ciężko, jestem przy tobie w każdych dniach.
